
Trochę ponad rok temu w tekście zatytułowanym między graniem a inwestowaniem dyskutowaliśmy różnice pomiędzy ryzykiem związanym z inwestowaniem na giełdzie a graniem w zakładach bukmacherskich.
Można tworzyć wiele teorii na ten temat. Ale tym razem skupimy się tylko na suchych liczbach.
Przykładowy gracz giełdowy, który wchodził na rynek dokładnie rok temu - na początku sierpnia 2010 z kapitałem 20000 złotych ma dzisiaj w najlepszym wypadku ciągle coś koło 20000 złotych, pod warunkiem że nie miał w swoim portfelu zbyt wiele małych spółek. Wig20 jest prawie w tym samym miejscu, w którym był rok temu:

A ściślej, w ciągu ostatnich dwóch tygodni miał przyjemność stracić większość zysków wypracowanych w ciągu całego ostatniego roku. Być może jest już na solidnym minusie, jeśli inwestował w jakieś mniejsze spółki, które spadają ostatnio dużo mocniej.
Użytkownik naszej strony, który dołączył w sierpniu 2010 również z kapitałem 20000 złotych posiada dzisiaj 48113 złotych, pod warunkiem że grał wszystkie typy według naszych wytycznych. Tak przedstawia się stan jego konta na wykresie:

I to jest ten zły i ryzykowny hazard, który od kilku lat nam próbują zdelegalizować na wszystkie sposoby. Trochę boli nas taka niesprawiedliwość. No bo w imię czego gracz w zakładach jest tak jawnie dyskryminowany w stosunku do gracza giełdowego?
Chcąc grać legalnie w zakładach państwo skazuje nas na wybór niekompetentnych i stojących na żenująco niskim poziomie krajowych platform bukmacherskich. Od każdej stawki należy odprowadzić 12% podatku, bez znaczenia czy zakład został wygrany czy przegrany. Dodatkowo przy wygranej powyżej 2280 zł płacimy 10% podatku ekstra. W przypadku straty nie możemy jej odliczyć od pozostałych dochodów, które są opodatkowane.
Gracz giełdowy płaci 19% podatku dochodowego na koniec roku od wypracowanego przez cały rok zysku netto. Jeśli będzie miał mniej szczęścia i straci pieniądze na giełdzie, swoje straty może odliczyć od podatku, w ciągu kolejnych pięciu lat.
Czy przy warunkach opodatkowania dla zakładach znalazłby się ktokolwiek chętny do grania na giełdzie? Bardzo w to wątpimy.
Zwykle argument jest taki: to hazard, który uzależnia, niesie ze sobą ogromne ryzyko straty pieniędzy, więc trzeba opodatkować go ekstra, żeby obronić bogu ducha winnych ludzi przed przepuszczeniem wszystkich swoich pieniędzy... ale czy na pewno? W ekstremalnych czasach takich jak dziś, straty na giełdzie mogą być nieporównywalnie większe. Przy okazji prywatyzacji Jastrzębskiej Spółki Węglowej minister Grad popularyzował ideę tzw. akcjonariatu obywatelskiego. W akcje JSW udało się ubrać aż 168 tysięcy inwestorów indywidualnych. Efekt? Ci z nich, którzy nie wyskoczyli na debiucie, mogą zastać dziś swoje środki przystrzyżone lekko licząc o 25% a to wszystko ... w miesiąc.
Nam nigdy, nawet w najgorszych okresach nie udało się wygenerować w miesiąc tak głębokich strat. Nie chcemy przez to powiedzieć, że na giełdzie nie da się zarabiać. Daleko nam też do naśmiewania się z ministra Grada a tym bardziej jego akcjonariuszy obywatelskich. Przesłanie tego tekstu jest takie, nie warto wierzyć obiegowej, bezmyślnie powtarzanej przez wszystkich opinii, że zakłady bukmacherskie to "hazard" i "wielkie ryzyko". Grając rozsądnie i cierpliwie w długim terminie możemy osiągnąć fenomenalne rezultaty, dużo lepsze niż giełda czy inwestujące na niej fundusze, które, przeciwnie do tego co mówią panowie w krawatach, niosą ze sobą wcale nie mniejsze ryzyko.